Horyniec Dom Zdrojowy
: 07 gru 2010 18:59
No więc tak, wyprałam kostium i śmierdział , ręcznik też dalej śmierdzi. Siara . Jedyna w swoim rodzaju. I w związku z tymi zapachami Horyniec stanął przed oczami ….
Marzył mi się Iwonicz, Polańczyk a tu zrządzeniem NFZtu - Horyniec - no prawie Iwonicz . Prawie robi wielką róźnicę !!! Z perspektywy czasu jednak różnica ta jest wielka , ale nie straszna. Po prostu co innego.
Okolica
Jak w pewnym dowcipie
Rozmawiają mężczyźni o swoich kobietach
Moja to jak Meksyk - taka wielka
Moja jak Paryż taka figlarna...
A moja jak Suwałki
?????Jak Suwałki
No tak - okolica przepiękna ale dziura straszna !!!No i w Horyńcu podobnie Okolica przepiękna.... Z jednej strony płaskowyż, z drugiej pagórki z mnóstwem lasów . We mnie to wywołuję skojarzenie z taką starą piosenką „Cicha Woda” - ale nie ze względu na liczne strumienie , które z Roztocza się właśnie roztaczają , tylko ze względu na stan jaki powoduje w duszy. To nie są strzeliste góry skaliste , których widok zapiera dech w piersi i człowiek zostaje zwalony silnym ciosem. Pierwsze wrażenie jest takie łagodne - ładnie tu. .Ale jak taka cicha woda niepostrzeżenie wyrywa kamienie to po powrocie dzieje się tak, że widoku lasów brak. A dodam, że to wszystko widziałam, kiedy było przedzimie - najmniej ciekawa pora roku - liście już spadły, a śnieg jeszcze nie.
Sam Horyniec jak te Suwałki - kto był w Suwałkach ten wie.
Kwatera
Odczucia pierwsze czyli pobieżne internetowe - nie wyglądało to najlepiej. Budynek sprawiał wrażenie położonego w szczerym polu, a to nie do końca prawda. Otoczenie jeszcze nie całkiem zagospodarowane, ale latem musi być całkiem fajnie wywalić się z kocem na trawę , ludzi mało, spokój.
Brak balkonów niestety i pod tym względem na pewno fajniej w CRR KRUS . Obiekt w ogóle jest chybiony architektoniczne i tak już zostanie. Pierwsza kondygnacja sili się na bycie pałacem - wysoki sufit i długie żyrandole - ale wychodzi z tego kicz. Na środku pijalni podwyższony sufit i cokół z bateriami do poboru wody. Z tego powodu pijalnia żle pełni role sali tanecznej i koncertowej. A wystarczyło umieścić dystrybutory i wysoką roślinność gdzieś w rogu. W Internecie nie ma także zdjęć wnętrz pokoi - bo i też nie mają się za bardo czym chwalić. Ale jest schludnie, czysto. Nie trafi się taka gratka jak kiedyś w Połczynie - radio, a przy wskaźniku kondensatora prusaczek - już suszony . W ogóle zdjęcia nieco przekłamują rzeczywistość - basen na zdjęciach jest np większy I jest to czego nijak nie pokażą zdjęcia - mianowicie dobre ogrzewanie- najbardziej bałam się zimna i niedogrzanych pomieszczeń. Cała walizka swetrów - zupełnie niepotrzebnie. Wewnątrz atmosfera jest taka bardziej tropikalna - gołe stopki, klapeczki szorciki - no wakacyjność listopadowa w pełni!!!
Ci, którzy przychodzili z zewnątrz mogli spokojnie przebrać się w szatni. Nie ma też potrzeby wracać do pokoju na wypoczynek - są wypoczywalnie z leżankami i mnóstwo kanap foteli i krzeseł do siedzenia . Jak tak człowiek dobrze wypoczął wstąpił do kawiarni na kawę albo coś zimnego do picia- bo po zabiegach czasem jest się trochę spragnionym - to i przed obiadem nawet do pokoju nie zdążył.
Żarcie
Jest bardzo dobre. Estetycznie podane, obrusy zmieniane co kilka dni. Jedną z tych rzeczy , które zostaną mi w pamięci na długo są horynieckie ziemniaczki puree. Chyba najlepsze jakie w życiu jadłam - i to nie zdarzyło się raz tylko, tak było codziennie. Do tego pyszne surówki i fajnie przyrządzane mięsko taki np. soczysty schabik pieczony ach!. Nie trafiały się takie cuda jak gulasz z serc albo inna podlizna. Co więcej schabik był nietłusty, zdrowy, wyłącznie środkowy- żadnej karkóweczki. Tylko w piątki było gorzej, bo była ryba. (Nawiasem mówiąc bardzo religijna okolica, w każdej miejscowości cerkiew i kaplica, a jak ktoś chce do innego Boga to i nawet synagoga). Ponieważ wybrałam dietę lekkostrawną, więc smażone jedzonko było niedostępne, a przyrządzanie gotowanych bezsmrodnych ryb to wielka sztuka, której kucharze w Horyńcu jeszcze w pełni nie posiedli. Dla tych, co to lubią być mniej pazerni, roślinożerni też było trochę gorzej, bo poza obiadami warzywa występowały w śladowych ilościach. Ale generalnie fantastycznie Do domu wróciłam stęskniona jedynie za serem feta, oliwkami i suszonymi pomidorami . No i jeszcze po trzech tygodniach zdrowotności w jedzeniu miałam ochotę na coś takiego przepysznie tłusto niezdrowego - tak żeby poczuć następnego ranką zgagę, no ale zamówiłam KFC i już wszystko jest w porządku.
Zabiegi - czyli jądro ciemności
Ogólnie rzecz biorąc niezłe. Higienicznie , punktualnie, acz bez przesady - można było sobie co nieco plan przemodelować, oczywiści nie dotyczy to każdego zabiegu.
Basen
Może nie jestem starym wyjadaczem jeśli chodzi o kuracjuszostwo, ale z niejednego basenu już wodę piłam. No i w Horyńcu jest zupełnie wyjątkowa - nie, że taka smaczna, ale że siarczkowa. Ściślej rzecz biorąc pierwszego dnia po wymianie jest ona siarkowodorowo- siarczkowa, taka żółtozielona i śmierdzącą jak oddech Bazyliszka. Potem siarkowodór odparowuje, w samym pomieszczeniu basenu już tak nie ma smrodu, a woda zmienia kolor na taki mętno- błękitny . Nie wiem jakie właściwości przypisuje tej wodzie balneologia (bo dla mnie to jest dziedzina wiedzy podobne do astrologii - nie zbadane są do końca jej metody działania) ale na pewno fajnie wpływa na skórę - zarzuciłam, nie tylko ja, używanie balsamów - po prostu nie ma takiej potrzeby- no chyba, że się chce zniwelować smród siarki obecny także na skórze. Woda jest cieplejsza niż w standardowym basenie z wodą ozonowaną - a mimo to można popływać . Przy czym trudno się utopić- próbowałam zanurkować do dna (głębokość basenu 1.30 m ) i nie dałam rady. Ten silny wypór wody jest wykorzystywany w trakcie ćwiczeń. Zabieg składa się z 15 minut ćwiczeń i 15 minut czasu wolnego z możliwością korzystania z hydromasaży. Nie wiem czemu są one lżejsze aniżeli na zwykłych basenach.
Jeśli chodzi o ćwiczenia to dużo zależy od prowadzących. W rodzinnej miejscowości stykam się z o wiele bardziej umiejętnym instruowaniem Dzięki temu wiem, co dzięki którym ćwiczeniom mam osiągnąć i przy pomocy których mięśni. Przy tak silnie wypierającej wodzie ważne jest, aby powiedzieć ćwiczącym że muszą mieć napięte mięśnie brzucha i pośladki, bo to pomaga utrzymać pozycję stojącą i umożliwia wpychanie pod wodę tych różnych przedmiotów udręki jak makarony czy hantle . Ogólnie rzecz biorąc przyjemnie - tylko dlaczego ten kostium, mimo że po praniu dalej zachowuje w sobie “atmosferę” Horyńca.
Gimnastyka
W przeciwieństwie do basenu pozostawia bardzo wiele do życzenia. Jest takim zabiegiem traktowanym po macoszemu . Jeśli ktoś, tak jak ja, marzył o tym, żeby się wyćwiczyć to musi to marzenie spełnić w innym miejscu. A szkoda, bo w przeciwieństwie do balneologii, właściwości terapii za pomocą odpowiedniej gimnastyki są dobrze poznane. Sala wielka, niczym sportowa hala , przyjemna podłoga takie jasne panele, ale ogólne wrażenie takie szarobure, zupełnie inaczej niż na basenie bo pomieszczenie basenowe jest intensywnie kolorowe. Może to wszystko jest w trakcie przemian i basen jest już motylem, a sala jeszcze gąsienicą.
Urządzenia - konkretnie rowerki wołają o pomstę do nieba. Opór jest tak niski , że nie sposób się zmęczyć, paski przy pedałach na rzepy - tanie i archaiczne. Siodełka z blachy okrytej gąbką - niemiłosiernie piją w tyłek . Po powrocie zasiadłam na mój własny rowerek i po Horyńcu zdało mi się to niczym najdelikatniejsza pieszczota. Pozostały sprzęt wydaje się być nieco lepszy - bieżnia Yorka atlas i\ jeszcze taki fotel do masażu. Spędzając bolesne godziny na rowerku obserwowałam błogostan na twarzach masowanych .Wywołuje to skojarzenie z pewną sceną z filmu “Kiedy Harry poznał Sally “ On i ona siedzą w restauracji rozważając wzajemne relacje . On z samczą pewnością siebie stwierdza ,że przy nim one nigdy nie udawały i w tym momencie kąsek przełykanego hamburgera wytraca prędkość wskutek powolnego opadnięcia szczęki i zaciskania gardła. Wszyscy w restauracji spoglądają w ich kierunku Meg Ryan wydaje z siebie ekstatyczne dźwięki, twarzą wyraża kosmicznie przyjemne emocje, trwa to kilka sekund, po czym otworzywszy oczy uładza sponiewieraną fryzurę i uśmiecha się i spokojnie widelcem dziobie sałatkę . Kobieta przy stoliku obok mówi - “ja poproszę to samo co ta Pani”
Ze mną jest podobnie - też chciałabym poprosić to samo co Ci Państwo na fotelu masującym - takie przekonujące mieli miny tylko ,że bez udawania.
Kolejną ofertą są ćwiczenia na podwieszkach - to wygląda podobnie jak w innych ośrodkach rehabilitacji, tylko znów takie szarobure, gdy tymczasem gdzie indziej pasy podwieszki gumki są kolorowe - bo te kolory dodają energii.
Jeśli chodzi o gimnastykę indywidualną i zbiorową to ta sama uwaga - braki w wyposażeniu - nie ma piłek terapeutycznych - taki wielkich 65 cm. Nie ma “beretów”, nie ma taśm gumowych i w związku z tym gimnastyka jest mało urozmaicona
Z rehabilitantami może być róźnie - przez 3 tygodnie trafia się na różne osoby Niektóre bardzo przemiłe i zaangażowane, jedna z rehabilitantek pożyczyła mi swoją taśme abym mogła ćwiczyć niektóre partie mięśni i jakoś było . W ogóle wyższa jakość ludzi nieco uzupełnia niską jakość sprzętu
Generalnie jednak, gdybym miała ująć to jednym słowem powiedziałabym “Skansen”
Borowina
Horyniec się nią szczyci . Ja niestety nie mam skali porównawczej. Miło - tyle tylko, że na golasa. Dla bardzo skrępowanych podobno są jednorazowe majtki fizelinowe dostępne w recepcji. No i borowina zapewnia to, czego nie była mi w stanie dostarczyć sala gimnastyczna - mogłam się wreszcie spocić. Ogólnie rzecz biorąc fajna sprawa Robią z człowieka taką tortillę. Człowiek niczym kurczak panierowany , borowina niczym majonez i to wszystko na gładko owinięte ceratką. Tylko potem nie sposób się z tego opłukać. Błotko tak się wżera w każdy zaułeczek, że paznokietki u nóg są niehigienicznie jeszcze kilka dni po powrocie. .
Czas wolny
W każdym pokoju jest telewizor - niestety. W holu jest hot spot na szczęście . Są organizowane wycieczki - krótsze i dłuższe, w dni wolne i popołudniami, ale nie ma ich zbyt wielu. Osoby, które były np. we Lwowie wróciły zadowolone. Na terenie samego ośrodka niewiele się dzieje i nie wszystko jest ciekawe. Za to można wyjechać i z cudowną pościelą i z cudownymi garnkami i jeszcze z biżuterią artystyczną . W samym Horyńcu brak jest jakichś takich wydarzeń kulturalnych - mimo iż przecież w sumie w sanatoriach przebywa na turnusach 600 osób dzień w dzień. I nudzą się i wydaliby, pieniądze , ale nie ma gdzie. Kawiarnia sanatoryjna jak na złość w piątki soboty i niedziele po południu jest nieczynna. Generalnie kawiarnia jest ok.. Można kupić wszystko to, czego potrzeba. Owoce słodycze , kawę rzeczy zapomniane czyli szczoteczkę do zębów , waciki , maszynkę do golenia. No i niezbędnik kuracjusza czyli to co gasi tęsknotę mianowicie piwo - bardzo dobry Leżajsk z beczki w optymistycznej cenie 3 zeta za 0,3 l oraz kartki pocztowe i znaczki . Papierosów niet - trzeba do miasta (czyli centrum wsi) zasuwać . Nie zauważyłam też żeby, ktoś pytał o korkociąg lub prezerwatywy- ale to może przez nieśmiałość. Płaci się gotówką, ale nie ma problemu, bo najbliższy bankomat jest w sąsiednim budynku KRUS.
Skutecznym wypełniaczem czasu jest basen naprzeciwko - Wodny Świat. Ma on m.in. tę zaletę , że jest otwarty wtedy, gdy wszystko inne już nie działa tzn też w niedzielę i do 21 szej. Jest niedrogo - w zależności od pory dnia 7-12 zeta za godzinę Oprócz basenu do dyspozycji jest sauna i siłowania - 100 razy lepsza niż sala gimnastyczna w sanatorium. I jeszcze takie super ceramiczne podgrzewane leżanki
Ludzkość
Ludzkość autochtoniczna w Horyńcu jest miła. Pierwsze wrażenie może nie było najlepsze - rzucił mi się w oczy pewien obywatel pod słupkiem na zakręcie leżący. Ale to taki może miejscowy koloryt, rzekłabym uzupełnienie krajobrazu “Spotkasz chłopa, gęba sina , oj nie wraca ci on z kina taka gmina” Obsługa sanatorium, serdeczna kobieta sprzedająca bilety w Wodnym Świecie, sprzedawczyni w spożywczym właściciel pewnego krnąbrnego psa nad zalewem , i jeszcze rodzinka, z którą wdałam się w pogawędkę w saunie - wszyscy byli ok.. no może jeden mały wyjątek to Pani w cukierni. Przyjezdni też są mili - ale oni nie są w pracy , co nieco zmienia postać rzeczy. Zdecydowana większość to emeryci - ale niektórzy całkiem dziarscy. Dzieci są rzadkością może i dobrze bo sanatorium nie jest dla nich przystosowane. W ogóle ciśnie mi się na usta odczucie, że to sanatorium nie jest dla młodych
Może jeszcze na koniec spostrzeżenia językowe. Ci którzy nieco się nad językiem zastanawiają , wiedzą że odzwierciedla on sposób myślenia i potrzeby ludzi Jest takie słowo “przepić” oznaczające przetracenie jakiegoś majątku - piosenka - “Przepijemy naszej Babci domek cały“. Otóż przetłumaczenie tego na język angielski jest trudne - zapewne ze względu na fakt, iż to zjawisko w życiu osób posługujących się angielskim nie jest powszechne i nie trzeba nazywać go odrębnym słowem.
Horyńczanie w przypadku jakiegoś zagrożenia nieszczęściem, niewłaściwego fajtłapowatego zachowania nie mówią “nic się nie stało “ . Mówią “nic się nie dzieje”. Używają czasu teraźniejszego, tak jakby w ich mniemaniu czas płynął wolniej, i to co dla innych jest przeszłością dla Horyńczan pozostaje jeszcze teraźniejszością. Zastanawia mnie tylko, co mówią wtedy , gdy naprawdę nic się nie dzieje i chciałoby się podkreślić marazm, statyczność i nudę - a może im po prostu taki zwrot jest niepotrzebny.
Marzył mi się Iwonicz, Polańczyk a tu zrządzeniem NFZtu - Horyniec - no prawie Iwonicz . Prawie robi wielką róźnicę !!! Z perspektywy czasu jednak różnica ta jest wielka , ale nie straszna. Po prostu co innego.
Okolica
Jak w pewnym dowcipie
Rozmawiają mężczyźni o swoich kobietach
Moja to jak Meksyk - taka wielka
Moja jak Paryż taka figlarna...
A moja jak Suwałki
?????Jak Suwałki
No tak - okolica przepiękna ale dziura straszna !!!No i w Horyńcu podobnie Okolica przepiękna.... Z jednej strony płaskowyż, z drugiej pagórki z mnóstwem lasów . We mnie to wywołuję skojarzenie z taką starą piosenką „Cicha Woda” - ale nie ze względu na liczne strumienie , które z Roztocza się właśnie roztaczają , tylko ze względu na stan jaki powoduje w duszy. To nie są strzeliste góry skaliste , których widok zapiera dech w piersi i człowiek zostaje zwalony silnym ciosem. Pierwsze wrażenie jest takie łagodne - ładnie tu. .Ale jak taka cicha woda niepostrzeżenie wyrywa kamienie to po powrocie dzieje się tak, że widoku lasów brak. A dodam, że to wszystko widziałam, kiedy było przedzimie - najmniej ciekawa pora roku - liście już spadły, a śnieg jeszcze nie.
Sam Horyniec jak te Suwałki - kto był w Suwałkach ten wie.
Kwatera
Odczucia pierwsze czyli pobieżne internetowe - nie wyglądało to najlepiej. Budynek sprawiał wrażenie położonego w szczerym polu, a to nie do końca prawda. Otoczenie jeszcze nie całkiem zagospodarowane, ale latem musi być całkiem fajnie wywalić się z kocem na trawę , ludzi mało, spokój.
Brak balkonów niestety i pod tym względem na pewno fajniej w CRR KRUS . Obiekt w ogóle jest chybiony architektoniczne i tak już zostanie. Pierwsza kondygnacja sili się na bycie pałacem - wysoki sufit i długie żyrandole - ale wychodzi z tego kicz. Na środku pijalni podwyższony sufit i cokół z bateriami do poboru wody. Z tego powodu pijalnia żle pełni role sali tanecznej i koncertowej. A wystarczyło umieścić dystrybutory i wysoką roślinność gdzieś w rogu. W Internecie nie ma także zdjęć wnętrz pokoi - bo i też nie mają się za bardo czym chwalić. Ale jest schludnie, czysto. Nie trafi się taka gratka jak kiedyś w Połczynie - radio, a przy wskaźniku kondensatora prusaczek - już suszony . W ogóle zdjęcia nieco przekłamują rzeczywistość - basen na zdjęciach jest np większy I jest to czego nijak nie pokażą zdjęcia - mianowicie dobre ogrzewanie- najbardziej bałam się zimna i niedogrzanych pomieszczeń. Cała walizka swetrów - zupełnie niepotrzebnie. Wewnątrz atmosfera jest taka bardziej tropikalna - gołe stopki, klapeczki szorciki - no wakacyjność listopadowa w pełni!!!
Ci, którzy przychodzili z zewnątrz mogli spokojnie przebrać się w szatni. Nie ma też potrzeby wracać do pokoju na wypoczynek - są wypoczywalnie z leżankami i mnóstwo kanap foteli i krzeseł do siedzenia . Jak tak człowiek dobrze wypoczął wstąpił do kawiarni na kawę albo coś zimnego do picia- bo po zabiegach czasem jest się trochę spragnionym - to i przed obiadem nawet do pokoju nie zdążył.
Żarcie
Jest bardzo dobre. Estetycznie podane, obrusy zmieniane co kilka dni. Jedną z tych rzeczy , które zostaną mi w pamięci na długo są horynieckie ziemniaczki puree. Chyba najlepsze jakie w życiu jadłam - i to nie zdarzyło się raz tylko, tak było codziennie. Do tego pyszne surówki i fajnie przyrządzane mięsko taki np. soczysty schabik pieczony ach!. Nie trafiały się takie cuda jak gulasz z serc albo inna podlizna. Co więcej schabik był nietłusty, zdrowy, wyłącznie środkowy- żadnej karkóweczki. Tylko w piątki było gorzej, bo była ryba. (Nawiasem mówiąc bardzo religijna okolica, w każdej miejscowości cerkiew i kaplica, a jak ktoś chce do innego Boga to i nawet synagoga). Ponieważ wybrałam dietę lekkostrawną, więc smażone jedzonko było niedostępne, a przyrządzanie gotowanych bezsmrodnych ryb to wielka sztuka, której kucharze w Horyńcu jeszcze w pełni nie posiedli. Dla tych, co to lubią być mniej pazerni, roślinożerni też było trochę gorzej, bo poza obiadami warzywa występowały w śladowych ilościach. Ale generalnie fantastycznie Do domu wróciłam stęskniona jedynie za serem feta, oliwkami i suszonymi pomidorami . No i jeszcze po trzech tygodniach zdrowotności w jedzeniu miałam ochotę na coś takiego przepysznie tłusto niezdrowego - tak żeby poczuć następnego ranką zgagę, no ale zamówiłam KFC i już wszystko jest w porządku.
Zabiegi - czyli jądro ciemności
Ogólnie rzecz biorąc niezłe. Higienicznie , punktualnie, acz bez przesady - można było sobie co nieco plan przemodelować, oczywiści nie dotyczy to każdego zabiegu.
Basen
Może nie jestem starym wyjadaczem jeśli chodzi o kuracjuszostwo, ale z niejednego basenu już wodę piłam. No i w Horyńcu jest zupełnie wyjątkowa - nie, że taka smaczna, ale że siarczkowa. Ściślej rzecz biorąc pierwszego dnia po wymianie jest ona siarkowodorowo- siarczkowa, taka żółtozielona i śmierdzącą jak oddech Bazyliszka. Potem siarkowodór odparowuje, w samym pomieszczeniu basenu już tak nie ma smrodu, a woda zmienia kolor na taki mętno- błękitny . Nie wiem jakie właściwości przypisuje tej wodzie balneologia (bo dla mnie to jest dziedzina wiedzy podobne do astrologii - nie zbadane są do końca jej metody działania) ale na pewno fajnie wpływa na skórę - zarzuciłam, nie tylko ja, używanie balsamów - po prostu nie ma takiej potrzeby- no chyba, że się chce zniwelować smród siarki obecny także na skórze. Woda jest cieplejsza niż w standardowym basenie z wodą ozonowaną - a mimo to można popływać . Przy czym trudno się utopić- próbowałam zanurkować do dna (głębokość basenu 1.30 m ) i nie dałam rady. Ten silny wypór wody jest wykorzystywany w trakcie ćwiczeń. Zabieg składa się z 15 minut ćwiczeń i 15 minut czasu wolnego z możliwością korzystania z hydromasaży. Nie wiem czemu są one lżejsze aniżeli na zwykłych basenach.
Jeśli chodzi o ćwiczenia to dużo zależy od prowadzących. W rodzinnej miejscowości stykam się z o wiele bardziej umiejętnym instruowaniem Dzięki temu wiem, co dzięki którym ćwiczeniom mam osiągnąć i przy pomocy których mięśni. Przy tak silnie wypierającej wodzie ważne jest, aby powiedzieć ćwiczącym że muszą mieć napięte mięśnie brzucha i pośladki, bo to pomaga utrzymać pozycję stojącą i umożliwia wpychanie pod wodę tych różnych przedmiotów udręki jak makarony czy hantle . Ogólnie rzecz biorąc przyjemnie - tylko dlaczego ten kostium, mimo że po praniu dalej zachowuje w sobie “atmosferę” Horyńca.
Gimnastyka
W przeciwieństwie do basenu pozostawia bardzo wiele do życzenia. Jest takim zabiegiem traktowanym po macoszemu . Jeśli ktoś, tak jak ja, marzył o tym, żeby się wyćwiczyć to musi to marzenie spełnić w innym miejscu. A szkoda, bo w przeciwieństwie do balneologii, właściwości terapii za pomocą odpowiedniej gimnastyki są dobrze poznane. Sala wielka, niczym sportowa hala , przyjemna podłoga takie jasne panele, ale ogólne wrażenie takie szarobure, zupełnie inaczej niż na basenie bo pomieszczenie basenowe jest intensywnie kolorowe. Może to wszystko jest w trakcie przemian i basen jest już motylem, a sala jeszcze gąsienicą.
Urządzenia - konkretnie rowerki wołają o pomstę do nieba. Opór jest tak niski , że nie sposób się zmęczyć, paski przy pedałach na rzepy - tanie i archaiczne. Siodełka z blachy okrytej gąbką - niemiłosiernie piją w tyłek . Po powrocie zasiadłam na mój własny rowerek i po Horyńcu zdało mi się to niczym najdelikatniejsza pieszczota. Pozostały sprzęt wydaje się być nieco lepszy - bieżnia Yorka atlas i\ jeszcze taki fotel do masażu. Spędzając bolesne godziny na rowerku obserwowałam błogostan na twarzach masowanych .Wywołuje to skojarzenie z pewną sceną z filmu “Kiedy Harry poznał Sally “ On i ona siedzą w restauracji rozważając wzajemne relacje . On z samczą pewnością siebie stwierdza ,że przy nim one nigdy nie udawały i w tym momencie kąsek przełykanego hamburgera wytraca prędkość wskutek powolnego opadnięcia szczęki i zaciskania gardła. Wszyscy w restauracji spoglądają w ich kierunku Meg Ryan wydaje z siebie ekstatyczne dźwięki, twarzą wyraża kosmicznie przyjemne emocje, trwa to kilka sekund, po czym otworzywszy oczy uładza sponiewieraną fryzurę i uśmiecha się i spokojnie widelcem dziobie sałatkę . Kobieta przy stoliku obok mówi - “ja poproszę to samo co ta Pani”
Ze mną jest podobnie - też chciałabym poprosić to samo co Ci Państwo na fotelu masującym - takie przekonujące mieli miny tylko ,że bez udawania.
Kolejną ofertą są ćwiczenia na podwieszkach - to wygląda podobnie jak w innych ośrodkach rehabilitacji, tylko znów takie szarobure, gdy tymczasem gdzie indziej pasy podwieszki gumki są kolorowe - bo te kolory dodają energii.
Jeśli chodzi o gimnastykę indywidualną i zbiorową to ta sama uwaga - braki w wyposażeniu - nie ma piłek terapeutycznych - taki wielkich 65 cm. Nie ma “beretów”, nie ma taśm gumowych i w związku z tym gimnastyka jest mało urozmaicona
Z rehabilitantami może być róźnie - przez 3 tygodnie trafia się na różne osoby Niektóre bardzo przemiłe i zaangażowane, jedna z rehabilitantek pożyczyła mi swoją taśme abym mogła ćwiczyć niektóre partie mięśni i jakoś było . W ogóle wyższa jakość ludzi nieco uzupełnia niską jakość sprzętu
Generalnie jednak, gdybym miała ująć to jednym słowem powiedziałabym “Skansen”
Borowina
Horyniec się nią szczyci . Ja niestety nie mam skali porównawczej. Miło - tyle tylko, że na golasa. Dla bardzo skrępowanych podobno są jednorazowe majtki fizelinowe dostępne w recepcji. No i borowina zapewnia to, czego nie była mi w stanie dostarczyć sala gimnastyczna - mogłam się wreszcie spocić. Ogólnie rzecz biorąc fajna sprawa Robią z człowieka taką tortillę. Człowiek niczym kurczak panierowany , borowina niczym majonez i to wszystko na gładko owinięte ceratką. Tylko potem nie sposób się z tego opłukać. Błotko tak się wżera w każdy zaułeczek, że paznokietki u nóg są niehigienicznie jeszcze kilka dni po powrocie. .
Czas wolny
W każdym pokoju jest telewizor - niestety. W holu jest hot spot na szczęście . Są organizowane wycieczki - krótsze i dłuższe, w dni wolne i popołudniami, ale nie ma ich zbyt wielu. Osoby, które były np. we Lwowie wróciły zadowolone. Na terenie samego ośrodka niewiele się dzieje i nie wszystko jest ciekawe. Za to można wyjechać i z cudowną pościelą i z cudownymi garnkami i jeszcze z biżuterią artystyczną . W samym Horyńcu brak jest jakichś takich wydarzeń kulturalnych - mimo iż przecież w sumie w sanatoriach przebywa na turnusach 600 osób dzień w dzień. I nudzą się i wydaliby, pieniądze , ale nie ma gdzie. Kawiarnia sanatoryjna jak na złość w piątki soboty i niedziele po południu jest nieczynna. Generalnie kawiarnia jest ok.. Można kupić wszystko to, czego potrzeba. Owoce słodycze , kawę rzeczy zapomniane czyli szczoteczkę do zębów , waciki , maszynkę do golenia. No i niezbędnik kuracjusza czyli to co gasi tęsknotę mianowicie piwo - bardzo dobry Leżajsk z beczki w optymistycznej cenie 3 zeta za 0,3 l oraz kartki pocztowe i znaczki . Papierosów niet - trzeba do miasta (czyli centrum wsi) zasuwać . Nie zauważyłam też żeby, ktoś pytał o korkociąg lub prezerwatywy- ale to może przez nieśmiałość. Płaci się gotówką, ale nie ma problemu, bo najbliższy bankomat jest w sąsiednim budynku KRUS.
Skutecznym wypełniaczem czasu jest basen naprzeciwko - Wodny Świat. Ma on m.in. tę zaletę , że jest otwarty wtedy, gdy wszystko inne już nie działa tzn też w niedzielę i do 21 szej. Jest niedrogo - w zależności od pory dnia 7-12 zeta za godzinę Oprócz basenu do dyspozycji jest sauna i siłowania - 100 razy lepsza niż sala gimnastyczna w sanatorium. I jeszcze takie super ceramiczne podgrzewane leżanki
Ludzkość
Ludzkość autochtoniczna w Horyńcu jest miła. Pierwsze wrażenie może nie było najlepsze - rzucił mi się w oczy pewien obywatel pod słupkiem na zakręcie leżący. Ale to taki może miejscowy koloryt, rzekłabym uzupełnienie krajobrazu “Spotkasz chłopa, gęba sina , oj nie wraca ci on z kina taka gmina” Obsługa sanatorium, serdeczna kobieta sprzedająca bilety w Wodnym Świecie, sprzedawczyni w spożywczym właściciel pewnego krnąbrnego psa nad zalewem , i jeszcze rodzinka, z którą wdałam się w pogawędkę w saunie - wszyscy byli ok.. no może jeden mały wyjątek to Pani w cukierni. Przyjezdni też są mili - ale oni nie są w pracy , co nieco zmienia postać rzeczy. Zdecydowana większość to emeryci - ale niektórzy całkiem dziarscy. Dzieci są rzadkością może i dobrze bo sanatorium nie jest dla nich przystosowane. W ogóle ciśnie mi się na usta odczucie, że to sanatorium nie jest dla młodych
Może jeszcze na koniec spostrzeżenia językowe. Ci którzy nieco się nad językiem zastanawiają , wiedzą że odzwierciedla on sposób myślenia i potrzeby ludzi Jest takie słowo “przepić” oznaczające przetracenie jakiegoś majątku - piosenka - “Przepijemy naszej Babci domek cały“. Otóż przetłumaczenie tego na język angielski jest trudne - zapewne ze względu na fakt, iż to zjawisko w życiu osób posługujących się angielskim nie jest powszechne i nie trzeba nazywać go odrębnym słowem.
Horyńczanie w przypadku jakiegoś zagrożenia nieszczęściem, niewłaściwego fajtłapowatego zachowania nie mówią “nic się nie stało “ . Mówią “nic się nie dzieje”. Używają czasu teraźniejszego, tak jakby w ich mniemaniu czas płynął wolniej, i to co dla innych jest przeszłością dla Horyńczan pozostaje jeszcze teraźniejszością. Zastanawia mnie tylko, co mówią wtedy , gdy naprawdę nic się nie dzieje i chciałoby się podkreślić marazm, statyczność i nudę - a może im po prostu taki zwrot jest niepotrzebny.